Ale to, co zaczął nadal się dzieje
28 marca 2026 roku mija 10 lat od śmierci ks. Jana Kaczkowskiego. Dziesięć lat — a jednak trudno mówić o nieobecności. Bo są ludzie, którzy odchodzą i są tacy, których obecność z czasem staje się jeszcze bardziej widoczna. Jan należy do tych drugich. Nie dlatego, że się o nim pamięta, ale dlatego, że to, co robił, wciąż się dzieje.
Człowiek, który widział więcej
W świecie, który działa szybko i powierzchownie, Jan zatrzymywał się przy człowieku. Nie przy jego historii zapisanej w dokumentach, nie przy jego błędach, nie przy etykietach. Przy nim.
Miał rzadką umiejętność: widział człowieka tam, gdzie inni widzieli problem. Widział szansę tam, gdzie inni widzieli koniec. Nie romantyzował i nie idealizował. Po prostu brał człowieka na serio. Pytał: „Co u Ciebie?” I zostawał na tyle długo, żeby usłyszeć odpowiedź Dla wielu był pierwszą osobą, która naprawdę słuchała.
Jedno spotkanie, które zmienia życie
Tak było w przypadku Patryka Galewskiego. Chłopak z trudną historią, skreślony przez system i przez ludzi. Jan zobaczył w nim CZŁOWIEKA – coś, czego inni nie chcieli zobaczyć.
Nie tylko dał mu szansę, ale też odpowiedzialność, zaufanie i obecność. Dziś Patryk jest mężem, ojcem i człowiekiem, który sam daje drugą szansę innym. „Ja jestem beneficjentem Jana. Gdyby nie on, nie byłoby mnie tu, gdzie jestem dzisiaj.” – mówi Patryk Galewski
Ta historia nie jest wyjątkiem. Jest zasadą. Bo Jan powtarzał: “Dyziu, takich cudów nie ma . Nikt nie rodzi się zły. Wszyscy rodzimy się jako niewinne dzieci…”
Śmierć, która nie zatrzymała działania
Kiedy w 2016 roku Jan umarł, wiele osób zadało sobie pytanie: co dalej? Rodzina nie miała wątpliwości – Jan nie chciałby pomników, czci, nie chciałby wspomnień, które niczego nie zmieniają. Chciałby działania.
W 2017 roku powstała Fundacja jego imienia — założona przez najbliższych, współtworzona przez ludzi, którzy wiedzieli, że jego historia nie może się skończyć na dacie śmierci. Jak mówi jego siostra, Magdalena Sekuła: „Najważniejsze było dla nas jedno: żeby to, co Jan robił, nie zatrzymało się razem z nim.”
Fundatorami są jego rodzice – dziś bardzo obecni w życiu fundacji, zaangażowani, dumni.
Bo widzą, że pamięć o ich synu nie jest zatrzymana w przeszłości — ona pracuje.
Fundacja: pamięć, która działa
Dziś Fundacja nie zajmuje się wspominaniem – zajmuje się człowiekiem. Tym młodym, pogubionym, często wykluczonym. Jej działania nie są przypadkowe — wyrastają wprost z tego, jak pracował Jan. Z jego sposobu myślenia, jego odwagi i wartości.
Jak mówi prezes Fundacji, Małgorzata Regosz-Kaczkowska: „Fundacja powstała po to, żeby robić rzeczy, które Jan robiłby, gdyby żył.”
To zdanie nie jest deklaracją. Jest codzienną decyzją.
Projekt PAKA: tam, gdzie nikt nie patrzy
Jednym z najmocniejszych przykładów tej filozofii jest Projekt PAKA. To program dla chłopaków z zakładów poprawczych — miejsc, do których rzadko zagląda nadzieja. System uczy ich przetrwania, rzadziej — życia.
PAKA robi coś innego. Daje im czas, którego nikt wcześniej im nie dał. Uwagę, której nie znali. I ludzi, którzy nie widzą w nich wyroku, tylko potencjał. To praca psychologów, warsztaty, rozmowy — ale przede wszystkim relacja. Przygotowanie do życia, które dopiero ma się wydarzyć.
Po filmie „Johnny” do Fundacji dołączył Patryk Galewski. Dziś jeździ do poprawczaków w całej Polsce. Chłopcy chcą rozmawiać właśnie z nim. Bo jest prawdziwy, nie opowiada historii z zewnątrz, jest dowodem na to, że można inaczej.
W jednym z poprawczaków powstał mural z wizerunkiem Jana — z inicjatywy samych chłopaków. Nie dlatego, że ktoś im kazał. Dlatego, że ktoś ich kiedyś zobaczył.
Edukacja, która uczy bycia człowiekiem
Drugim filarem działań Fundacji jest edukacja. Ale nie ta, którą mierzy się testami. Jan od początku wiedział, że szkoła nie może kończyć się na wiedzy, a musi uczyć życia. Dlatego dziś Fundacja rozwija Akademię – przestrzeń, w której młodzi ludzie uczą się rzeczy, które stają się kompetencjami przyszłości: jak rozmawiać, słuchać, budować dobre relacje.
W czasach, w których wszystko można sprawdzić w kilka sekund, najtrudniejsze staje się to, co najprostsze: bycie z drugim człowiekiem. Podczas warsztatów młodzi ludzie uczą się patrzeć sobie w oczy, zadawać pytania, być uważnym. A potem robią coś jeszcze prostszego — wspólnie gotują i jedzą. Bo relacje nie powstają na slajdach. Powstają przy stole. Jan Kaczkowski mówił, że “czas jest najcenniejszą rzeczą, jaką możemy dać drugiemu człowiekowi”. W świecie, który ciągle przyspiesza — to zdanie staje się coraz bardziej radykalne.
Dlaczego to robimy?
Bo tak robił ks. Jan Kaczkowski. Dziś wiemy, że jedno spotkanie może zmienić czyjeś życie. Rozumiemy, że gdyby Jan żył, robiłby dokładnie to samo: szedłby do ludzi, szczególnie tam, gdzie inni nie chcą iść – do młodych, pogubionych, skreślonych.
10 lat później – to dopiero początek
Ks. Jana Kaczkowskiego nie ma z nami od dekady, ale jego sposób patrzenia na człowieka nie zniknął. Co więcej – rozprzestrzenił się. Jest obecny w historiach ludzi, w decyzjach, które podejmują, w życiu tych, którzy dostali drugą szansę — i teraz dają ją dalej. To nie jest tylko pamięć. To żywe świadectwo.
Dziesięć lat temu coś się skończyło, ale wtedy też zaczęło się coś, czego skali nikt nie był w stanie przewidzieć. Dziś Fundacja niesie dalej to, co Jan rozpoczął — nie jako obowiązek, ale jako odpowiedzialność.
Są historie, które nie należą do przeszłości – one domagają się dalszego ciągu. Historia Jana Kaczkowskiego jest jedną z nich.
I dzieje się dalej.
Każdego dnia.
