ONKOCELEBRYTA

„Onkocelebryta” było zresztą tylko jednym z takich – nieco autoironicznych – określeń. W jednym z wywiadów powiedział nawet o sobie „Doda-pendolino”, bo właśnie pociągi na trasie Wybrzeże-Warszawa-Kraków były miejscem, w którym ludzie często go rozpoznawali i zaczepiali. Nie jednym miejscem, rzecz jasna: w latach 2013-2015, gdy był już rozpoznawalny niemal przez wszystkich, bywał zaczepiany na ulicy, przed kościołem, podczas posiłku w restauracji, a nawet na wakacyjnym wyjeździe za granicą w towarzystwie mamy. Na jego kazania, spotkania, wieczory autorskie przychodziły tłumy. Programy telewizyjne z jego udziałem notowały rekordy oglądalności. Ksiądz Jan Kaczkowski stał się bodaj najbardziej rozpoznawalnym duchownym w Polsce. Gdyby zrobić uliczną sondę w dowolnym miejscu Polski, niektórzy jej uczestnicy nie potrafiliby pewnie wskazać nazwiska swojego proboszcza, arcybiskupa czy prymasa Polski – wszyscy wiedzieliby, kim był twórca hospicjum w Pucku.

Przed kamerami, na spotkaniach przed tłumem ludzi, na scenie – w tych wszystkich miejscach czuł się jak ryba w wodzie. Do tego stopnia, że – jak wspomina jego przyjaciel, dziennikarz portalu DEON.pl i współautor książki „Życie na pełnej petardzie” Piotr Żyłka – po wejściu na telewizyjną antenę rozluźniał się zamiast spinać. Był samorodnym, naturalnym medialnym talentem. Czy był też faktycznie celebrytą? Według klasycznej definicji tego słowa, „celebryta” to ktoś, kto „jest znany z tego, że jest znany”. Nie był kimś takim, a nawet wręcz przeciwnie: ksiądz Kaczkowski znany był z tego, że założył hospicjum; z tego, że był ekspertem od opieki paliatywnej; z tego, jak sobie radził z własną śmiertelną chorobą. Nie był też celebrytą z jednego dodatkowego powodu: rozpoznawalność traktował jako narzędzie do „załatwiania” ważnych spraw.

Pierwsza to jego idee fixe: budowanie mostów. Nie dzielił dziennikarzy, mediów na gorsze i lepsze. Na „szmatławe” i „poważne”. Na „liberalne” i „prawicowe”. Rozmawiał ze wszystkimi. Chciał poprzez swoje medialne występy zbudować mosty pomiędzy nurtami Kościoła katolickiego, ale też między wierzącymi i niewierzącymi. Nie dawał się zaszufladkować, zaskakiwał – bywało – wszystkich. Odniósł sukces i na tym polu. I to nie tylko dlatego, że dostał od Klubu Inteligenci Katolickiej najważniejszą dla siebie nagrodę – „Budowniczego mostów”. Przede wszystkim z tego powodu, że był szanowny, kochany, podziwiany przez ludzi o najrozmaitszych poglądach i różnym stosunku do wiary. Gdy zmarł, żegnali go z równą rewerencją ateiści, liberałowie, jak i konserwatyści.

Druga wielka sprawa, jaką „załatwił” ks. Kaczkowski-„onkocelebryta” też wiąże się ze słowem „budowniczy”. Tyle że w sensie dosłownym: budowniczy hospicjum, najpierw domowego, później stacjonarnego. Setki wywiadów, setki kazań – jak sam mawiał – „żebraczych”, dziesiątki spotkań traktował również jako okazję, by zbierać pieniądze na swoje dzieło życia. W apogeum rozpoznawalności potrafił podczas jednego dnia zgromadzić tysiące złotych. Śpieszył się – wiedział, że zostało mu niewiele czasu, a zabezpieczenie bytu placówki w Pucku stało się niemal jego obsesją. Tu również dopiął swego: ksiądz Kaczkowski nie żyje od dwóch lat, ale plony działalności „onkocelebryty” z Sopotu istnieją do dzisiaj. Hospicjum zostało finansowo zabezpieczone na długi czas.

„Budował” też ksiądz Kaczkowski naszą – Polaków – wiedzę i świadomość w dziedzinie opieki hospicyjnej i paliatywnej. Na tym polu również nie osiągnąłby takiego sukcesu, gdyby nie stał się „onkocelebrytą”. Opowiadał o odchodzeniu, umieraniu, śmierci, nie drętwym i hermetycznym językiem teoretyka, którym też przecież – jako doktor bioetyki – był. Mówił językiem prostym, opowiadał historię życia ludzi, ich radości, rozpaczy, nadziei. Swoimi opowieściami zrobił więcej dobrego niż dziesiątki kampanii społecznych, nad którymi głowią się sztaby speców od marketingu. Znane hasło: „Hospicjum to też życie” przetłumaczył Polakom na język codziennego życia.

Wreszcie „sprawa” numer cztery: pomógł setkom, może tysiącom ludzi, których nigdy nie spotkał. Znowu: nie zrobiłby tego, gdyby nie został „onkocelebrytą”. Właśnie poprzez media dawał nadzieję. Uczył, jak rozmawiać z nieuleczalnie chorymi. Jak prowadzić rozmowę z dziećmi odchodzących rodziców. Dopingował, by się nie załamywać. By żyć „mimo wszystko”.

Niektórzy zarzucali mu, że miał „parcie na szkło”. Że było go w mediach za dużo. Tyle że gdyby nie ta intensywność, nie tylko nie byłoby księdza Kaczkowskiego „onkocelebryty”, ale też nie byłoby – na taką skalę – jego dzieł. Jeśli więc urodzony w Sopocie duchowny rzeczywiście stał się celebrytą, to należałoby zmienić definicję tego słowa. Z formułki: „znany z tego, że jest znany” na inną: „znany z tego, że zmienił świat”.

WSPIERAJ
NAS

Wspieraj z nami pamięć o Janie Kaczkowskim, księdzu, który żył i chorował w wyjątkowy sposób. Kontynuujemy to, co robiłby ksiądz Jan, gdyby ciągle żył. Niech spotkanie z Nim nadal trwa.

ul. Kazimierza Wielkiego 16B/10
81-780 Sopot

NIP 5851479784
REGON 368333914

konto PEKAO SA nr
54 1240 1242 1111 0010 7685 0834