OJCIEC
NIE-BIOLOGICZNY

Kościół jako „szpital polowy” dla zranionych – nic tak nie nadaje się na ilustrację Franciszkowej metafory jak pucka działalność ks. Kaczkowskiego-katechety. Choć słowo „katecheta” to za mało na określenie jego dorobku. I to nie tylko dlatego, że część spośród swoich „synków” poznał niezależnie od pracy w dwóch puckich szkołach (zawodowym „Oxfordzie” i liceum), w których był zatrudniony między 2004 a 2011 rokiem. Również z tego powodu, że w kontakcie z zapoznawanymi młodymi ludźmi bardzo szybko wychodził z „butów” stereotypowego katechety.

Kiedy wchodził do sali lekcyjnej po raz pierwszy, wywoływał salwę śmiechu. Ale już kilka miesięcy później każdy z uczniów z jakiegoś powodu wiedział: do księdza Kaczkowskiego można zawsze zadzwonić (dzwonili w najróżniejszych sprawach); z księdzem Kaczkowskim można o wszystkim porozmawiać (zwierzali mu się: z problemów rodzinnych, zwątpień, uzależnień); na księdza Kaczkowskiego można zawsze liczyć (jednego z „synków” odwiedził w więzieniu, innemu – mimo swojej choroby – przyszedł z odsieczą podczas rozprawy sądowej); księdza Kaczkowskiego można odwiedzić o każdej porze dnia i nocy (kolejny z „synków” przyszedł do niego – będąc na życiowym zakręcie – o drugiej).

Ale istota fenomenu księdza Kaczkowskiego-„ojca” polega na czymś innym – duchowny zmienił życie może kilkunastu, może kilkudziesięciu młodych ludzi nie tylko, i nie przede wszystkim dlatego, że miał dla nich czas. Pokazał im świat, jakiego oni – często pochodzący z rozbitych, dotkniętych uzależnieniem rodzin – nie znali. Dla wielu z nich był pierwszym dorosłym, który poświecił im czas. Pierwszym, który spytał, co czują. Pierwszym, który odpowiedzi na to pytanie wysłuchał, nie oceniając. Pierwszym, który przytulił. Pierwszym, który pamiętał o smsie na urodziny. A co najważniejsze: pierwszym, który w nich uwierzył, docenił, zobaczył w nich coś niezwykłego. Wbrew wszystkiemu i wszystkim.

„Od dawna idziesz pod prąd temu, jak widzieliby ciebie socjologowie, jak widziałaby ciebie statystyka, jak klasyfikowali inni – pod prąd współczesności, własnemu środowisku, pod prąd opiniom, które kazały w ciebie nie wierzyć. Opiniom, także duchownych, którzy mówili: «Nic z niego nie będzie», «nie da rady», «powieli los swojej generacji»” – mówił ksiądz Kaczkowski podczas Mszy prymicyjnej ks. Krystiana, jednego ze swoich „synków”, któremu nie tylko pomógł, ale też zainspirował do decyzji o zostaniu kapłanem.

„To, kim dzisiaj jestem, jak widzę świat, co o nim wiem, jak potrafię rozmawiać o sobie, w ogromnej mierze wynika z tego, jak Jan we mnie >wniknął<” – mówił mówi o księdzu Kaczkowskim Piotr, inny z „synków”.

„Narodziłem się na nowo” – dodawał Patryk, kolejny z młodych przyjaciół duchownego.

„Lud Boży chce pasterzy, a nie urzędników” – mówił Papież Franciszek. I wielokrotnie dodawał, że Kościół jest jak szpital polowy po walce: „Nie ma sensu pytać się ciężko rannego czy ma wysoki poziom cholesterolu bądź cukru. Trzeba leczyć jego rany”.

Ksiądz Jan Kaczkowski nie był urzędnikiem – nie zamykał swojego „biura” o szesnastej, w zasadzie nie zamykał go nigdy. Rany leczył w wyjątkowo skutecznie. Zorganizował w Pucku i jego okolicach nie tylko hospicja, ale też najsłynniejszy bodaj w Polsce powiatowy „szpital polowy” dla młodych. Pamięć o ks. Kaczkowskim nie może szybko umrzeć, skoro tylu „pacjentów” tego szpitala – dziś około 30-latków – nawet za pół wieku będzie pamiętać „ślepawego faceta w sutannie”, który odmienił ich życie.

WSPIERAJ
NAS

Wspieraj z nami pamięć o Janie Kaczkowskim, księdzu, który żył i chorował w wyjątkowy sposób. Kontynuujemy to, co robiłby ksiądz Jan, gdyby ciągle żył. Niech spotkanie z Nim nadal trwa.

ul. Kazimierza Wielkiego 16B/10
81-780 Sopot

NIP 5851479784
REGON 368333914

konto PEKAO SA nr
54 1240 1242 1111 0010 7685 0834