WNUK, BRAT,
SYN AGNOSTYKA

Bliskość, relacje, rozmowy, przytulanie. Te słowa padały w jego wywiadach i kazaniach setki razy. O księdzu Kaczkowskim mówiono, że był „coachem dobrej śmierci”, ale był też z pewnością „coachem relacji międzyludzkich”. W tych relacjach właśnie, w trudnych, czasami beznadziejnych sytuacjach rodzinnych pomógł dziesiątkom, może setkom ludzi. Swoim „synkom” i nie tylko. Ale rodzina była ważna także w jego własnym życiu. Wszystkie cechy księdza Kaczkowskiego: siła woli, charakter, pewność siebie, czułość, wzięły się z czasów dzieciństwa. Z lat spędzonych z rodziną właśnie.

W stosunku do swoich rodziców, Heleny i Józefa Kaczkowskich, używał zapomnianego już nieco słowa: autorytet. O tacie mówił, że jest jego autorytetem moralnym. Dla wielu były to być może słowa przewrotne, idące w poprzek stereotypu „katolickiego księdza”, który moralność utożsamia wyłącznie z wiarą. Józef Kaczkowski tymczasem – przez przyjaciół zwany Ziukiem – nie ukrywał nigdy swojego religijnego sceptycyzmu. „Ufam mu bardziej niż sobie. Ma wyczucie, które w sytuacjach kryzysowych wielokrotnie pozwoliło mi wystudzić emocje i podjąć słuszną decyzję (…) Od niego nauczyłem się, że trzeba próbować nie wchodzić w bezsensowne konflikty. Pokazał nam, że można się z czegoś wycofać i nie traktować tego jako ujmy na honorze. Nie wszystko trzeba forsować za wszelką cenę. Ważne są podstawowe wartości: dobroć, miłość, bliskość i poczucie sensu” – mówił ksiądz Kaczkowski Piotrowi Żyłce w książce „Życie na pełnej petardzie”. Od swojego taty dostał też z pewnością wiele innych rzeczy. Choćby dystans do życia, poczucie humoru, życzliwość dla świata.

A przez ostatnie lata życia otrzymał bezgraniczne poświęcenie: fizyczną pielęgnację, stałą niemal obecność, setki godzin spędzonych wspólnie w samochodzie, na wyjazdach, podczas „żebraczych” kazań.

Mama: autorytet „kwestiach związanych z miłością”. „Jest mi bardzo bliska – mówił we wspomnianej już książce ksiądz Kaczkowski. – To ona nauczyła mnie, czym jest miłość, ale równocześnie wpoiła mi, że muszę dużo wymagać od samego siebie”. Miłość i wymagania – zapewne to połącznie „zbudowało” w sensie emocjonalnym twórcę puckiego hospicjum. Helena Kaczkowska nigdy nie myślała o swoim najmłodszym dziecku jako niepełnosprawnym, mimo że Jan od najmłodszych lat odstawał fizycznie od rówieśników. Stawiała mu wymagania na równi z pozostałymi dziećmi. Ksiądz Kaczkowski powtarzał wielokrotnie w wywiadach, że właśnie to dało mu w dorosłym już życiu siłę i umiejętność radzenia sobie w sytuacjach trudnych, kryzysowych. Kto wie: być może nie przeszedłby przez trudny czas swojej choroby tak dzielnie, gdyby nie siła, jaką zbudowała w nim mama.

Babcia, mieszkająca od dziesiątek lat w Krakowie Wincentyna Niedziela, to dla Jana Kaczkowskiego dobre skojarzenie z wiarą. Kto wie, jak potoczyłyby się jego losy, gdyby w dzieciństwie nie zabierała go do starych, krakowskich kościołów. Kim został by w dorosłych latach, gdyby nie chodzili razem co tydzień na msze święte do kościółka w Przesławicach – nieopodal rodzinnego domu wybudowanego dawno temu w Jaksicach koło Miechowa. „Do dziś mam w pamięci pewne sceny, zapisane jak obrazy – wspominał ksiądz Kaczkowski. – Na przykład jak na wielkich ołtarzach wystawiano Najświętszy Sakrament. Albo jak siostry zakrystianki długim kijem gasiły świece (…) Pamiętam oglądanie niemal współczesnych witraży Wyspiańskiego u franciszkanów,

a paręset metrów dalej średniowiecznych fresków u dominikanów (…) Chłonąłem to zmysłami, przeżywałem jako coś ponadnaturalnego – prawdziwe misterium. Dopiero odkrywałem rzeczywistość liturgii. Babcia cierpliwie tłumaczyła mi kolejne jej elementy. Nawet to, dlaczego śpiewa się >sutanna na wysokości<, bo taki tekst słyszałem”. Babcia dała ks. Kaczkowskiemu nie tylko swój czas, opiekę w czasie, gdy jako dziecko przebywał – w związku z kolejnymi sesjami leczenia wzroku – na południu. Dała mu też religijną wrażliwość w warunkach wolności. To zapewne również dzięki temu po kilku latach dystansu do Kościoła i wiary, będąc już w liceum podjął najważniejszą swoją decyzję w życiu.

Wreszcie rodzeństwo, a więc mieszkający do dziś w Trójmieście Magda Sekuła i Filip Kaczkowski – byli dla Jana punktem odniesienia. W dzieciństwie ich relacja – zwłaszcza na linii Magda-Jan – była relacją opiekuńczą. Nieco później, w latach młodzieńczych, kiedy o dwa lata starsza Magda, a tym bardziej o sześć lat starszy Filip układali już swoje dorosłe życie prywatne i zawodowe – stanowili dla niego wzorzec powodzenia i sukcesu. A także rodzaj pozytywnego dopingu, dzięki któremu uwierzył pewnie, że i on może osiągać sukcesy.

Wszystko, co osiągnął ksiądz Jan Kaczkowski – w życiu duszpasterskim, w relacjach z ludźmi, w opiece paliatywnej – zawdzięczał swojej pracy i talentom. Ale bez rodziny, która dała mu siłę i bliskość, te sukcesy nie byłyby możliwe.

WSPIERAJ
NAS

Wspieraj z nami pamięć o Janie Kaczkowskim, księdzu, który żył i chorował w wyjątkowy sposób. Kontynuujemy to, co robiłby ksiądz Jan, gdyby ciągle żył. Niech spotkanie z Nim nadal trwa.

ul. Kazimierza Wielkiego 16B/10
81-780 Sopot

NIP 5851479784
REGON 368333914

konto PEKAO SA nr
54 1240 1242 1111 0010 7685 0834