KSIĄDZ
POD PRĄD

Niczego, co osiągnął, nie a się oddzielić od jego roli życia – roli księdza. Księdza dwadzieścia cztery godziny na dobę. Duchownego idącego pod prąd.

„Kiedyś, jeszcze daleko przed chorobą, szedłem do ołtarza, żeby odprawić Mszę Świętą, a byłem wkurzony – zupełnie nie wiem na co, rozgoryczony, sfrustrowany. I przychodzę do ołtarza i mówię sobie: Johny, masz czelność sprawować Najświętszą Ofiarę i nie współcierpieć? Nie ofiarować siebie, nie wymagać od siebie? Chciałbyś być takim pluszowym księdzem, nieprawdziwym? Nie! Chcę od siebie wymagać na tyle, na ile mi Pan Bóg da sił. Dzisiaj bardziej niż kiedyś. Jestem chory, mam mało czasu, dlatego muszę robić rzeczy sensowne i dlatego będę szarpał rzeczywistość, starał się być czytelnym świadkiem” – mówił w jednym ze swoich kazań.

Chwilę później dodawał: „W wakacje pomieszkuję w Sopocie w moim rodzinnym domu przy Monte Cassino, tam jest pełno turystów. Specjalnie idę trochę pod prąd i zawsze łażę w sutannie. Między innymi po to, by tą sutanną w niemy sposób krzyczeć, że jest inna rzeczywistość. Niech się patrzą jak na malowanego ptaka. Nie mam z tym żadnego problemu. W sutannie, w koloratce piję w jakimś ogródku piwo. Jeśli mam na to ochotę w Pucku, gdzie pracuję, też to robię. Gdybym usiadł po świecku, to byłoby coś dziwnego. Ludzie by się zastanawiali: dlaczego on się chowa? Nie mam nic do ukrycia” (cytaty za książką „Grunt po nogami”, Wydawnictwo WAM).

Metafory drogi „pod prąd” używał często. Być może przypadła mu ona do gustu już 16 czerwca 2002 roku, podczas własnej mszy prymicyjnej. „Jesteśmy w centrum kurortu, na Monte Cassino. Słychać zgiełk przewalającego się tłumu, który pozornie nie myśli o Panu Bogu i Bożych sprawach. W tym wszystkim widzę młodego kleryka, który przez lata idzie pod prąd w dwójnasób. Fizycznie i duchowo. Tym pokazał, że we współczesnym świecie można pójść pod prąd i być czytelnym znakiem” – tak ksiądz Kaczkowski zapamiętał (a później przekazał Piotrowi Żyłce w książce „Życie na pełnej petardzie”) słowa kazania wygłoszonego przez zaprzyjaźnionego z nim księdza i jego wykładowcę w seminarium – Jerzego Kownackiego.

Szedł Jan Kaczkowski pod prąd w zasadzie przez całe swoje 38-letnie życie. Najpierw jako dziecko i nastolatek, zmagając się – zgodnie z uwagą księdza Kownackiego – ze swoimi fizycznymi niedomaganiami.

Poszedł pod prąd, decydując się zostać duchownym – wybór ten był przecież czymś niezwykłym i w jego środowisku rówieśniczym, i w rodzinie.

Podążył pod prąd już jako ksiądz, „czytelny znak” Ewangelii w zabieganym świecie.

Podążał pod prąd układom i hierarchicznym zależnościom instytucji Kościoła, wielokrotnie krytykując klerykalizm i konformizm, za co płacił swoją cenę.

Wreszcie już podczas choroby szedł ksiądz Jan Kaczkowski pod prąd schematowi człowieka, który w obliczu sytuacji granicznej zamyka się w sobie. Właśnie w tym najtrudniejszym dla siebie okresie życia bodaj najbardziej skupił się na innych – pacjentach, „synkach”, przyjaciołach – „zapominając” o sobie.

Niczego, co osiągnął ksiądz Jan Kaczkowski, nie a się oddzielić od jego roli życia – roli księdza. Księdza dostępnego dwadzieścia cztery godziny na dobę: jako szef hospicjum, kapelan czy katecheta. Księdza idącego wbrew nurtowi przez niemal 14 lat swojego kapłańskiego życia.

WSPIERAJ
NAS

Wspieraj z nami pamięć o Janie Kaczkowskim, księdzu, który żył i chorował w wyjątkowy sposób. Kontynuujemy to, co robiłby ksiądz Jan, gdyby ciągle żył. Niech spotkanie z Nim nadal trwa.

ul. Kazimierza Wielkiego 16B/10
81-780 Sopot

NIP 5851479784
REGON 368333914

konto PEKAO SA nr
54 1240 1242 1111 0010 7685 0834